poniedziałek, 27 lutego 2017

KIEDY POZORY MYLĄ A WY MUSICIE ZACHOWAĆ ZIMNĄ KREW

KUŹNIA HOME - OPISANE Z DOMU

Był to czas Bożego Narodzenia, pojechaliśmy z dziećmi do kościoła z żywą stajenką. W naszej miejscowości nie ma żywej stajenki w kościele, dlatego też jesteśmy tam od święta.  Dzieci uwielbiają zwierzęta a przy okazji możemy przeżyć cudownie ten świąteczny czas, należycie do sytuacji, wyjątkowo...
I tak to właśnie przyjechaliśmy zamierzając spędzić rodzinnie ten moment, a jednocześnie dzieciom dać frajdę i sobie przy okazji też, widząc radość, podekscytowanie każdym jednym czworonogiem- bezcenne.
Weszliśmy w momencie kiedy to znalezienie wolnego miejsca by usiąść graniczyło już z cudem, bo wcześniej na parkingu była podobna sytuacja, stanęliśmy więc na samym przodzie żeby też dzieci mogły obserwować zwierzątka. Po krótkiej chwili, poczułam szturchnięcie przez pewną Panią,
-  proszę sobie usiąść z dziećmi-usłyszałam.
  I tak też było, podziękowałam pięknie, mąż też w kierunku tej Pani wykonał wdzięczny uśmiech...
Cudownie mijał Nam ten liturgiczny czas...
Ta Pani, która ustąpiła mi miejsca, co jakiś czas uśmiechała się do Naszych dzieci, nie wyróżniała się zbytnio z tłumu, no może poza troszeczkę innym ubiorem, przypominała Mi kobietę z filmu : "Kevin Sam w Nowym Jorku", która karmiła gołębie i zaprzyjaźniła się z też z głównym bohaterem. Mam nadzieję, że wiecie o Kogo Mi chodzi... Ale wtedy mogła być sobie ubrana jak chciała, nie Mi oceniać, to nie jest ważne. Ta kobieta ustąpiła Mi miejsca, nie szata zdobi człowieka. Od razu z mężem zauważyliśmy że musi być bardzo pobożna i wrażliwa. Dało się to po Niej zauważyć. W duchu od razu pomyślałam kobieta o wielkim sercu....Taka miła.

 W pewnej chwili zaczęła głaskać nasze dzieci po głowach, naprawdę sympatyczna ta Pani, pomyślałam. Sytuacja jednak zaczęła się nie co zmieniać.. ni stąd ni zowąd zaczęła jakoś dziwnie się do Nich przybliżać, Mimo tej całej Jej uprzejmości wydało Nam się to trochę w tej chwili niekonwencjonalne, co więcej, zaczęła nawet coś szeptać im do ucha, ale nie, przecież nie będziemy psuć tej podniosłej atmosfery, wręcz nie wypada, lekko przysunęłam dzieci jeszcze bardziej do siebie, Mąż już rozumiał doskonale Moją reakcję, też zrobił taką jakby barykadę między Nami a Panią, a Jej po tym wszystkim naprawdę miałam powoli już ochotę dać z łokcia, co Ona wyrabia,  ALE przecież w sumie nic aż takiego nie zrobiła. Po prostu z Naszego punktu widzenia było to zupełnie nie na miejscu. Z Moim mężem na literę A porozumieliśmy się wzrokowo i zupełnie to samo mieliśmy na myśli. Najzwyczajniej w świecie ta baba zaczynała Nas wkurzać.  Dla Nas była to już jakaś granica przekroczona, ze względu na miejsce, na tą chwilę, na ten moment...
 I tak minął Nam jakoś ten czas...

 Gdy wyszliśmy, wszystko było ok, do momentu jak dzieci dały Nam po MANDARYNCE, którą dostały od tej "uroczej pani", inaczej- włożyła im ją do kieszeni. Nie mogłam w to wprost uwierzyć, może chciała dobrze, przecież to świąteczny czas, może nie miała nic złego na myśli. Ale do jasnej ciasnej czy Ja do kościoła noszę mandarynki w kieszeni,(bo torebki u tej pani nie uraczyłam), i czy częstuję Nią wszystkie miłe napotkane dzieci. Na samą myśl wnętrza tej kieszeni robi mi się nie dobrze, a jeszcze moje dzieci miałyby to jeść- nigdy w życiu. Ta sytuacja dla Nas nie była normalna, a wręcz kuriozalna.

 Może to zwyczajne pełne maniery zachowanie, ale jakoś do Nas nie przemawia i jak widać nasze dzieci zrozumiały co dosłownie znaczy przyjmować cokolwiek od obcych, przez to zamieszanie zrobiło się wielkie poruszenie, i choć nie raz się tłumaczyło dzieciom, to fakt w rzeczywistości stał się inny...Nigdy nie jesteś w stanie przewidzieć takiej sytuacji.
Od razu mam wizję nafaszerowanej mandarynki  różnymi używkami, choć nie mam cech bardzo przesadnej nadopiekuńczości. Pozory mylą ale w takiej sytuacji trzeba zachować zimną krew. Do dziś nie wiemy na pewno czy to było normalne i gościnne zachowanie "miłej Pani" czy jednak jakieś inne intencje, ale ze względu na bezpieczeństwo oczywiście mandarynki nie zjedliśmy. . .

 Moim zdaniem powinniśmy wyrobić u dzieci bezwzględne zasady ostrożności wobec obcych. Oczywiście nie można zakładać, że każdy napotkany obcy na ulicy, czy w innych miejscach publicznych np. plac zabaw- to jakiś bandzior czyhający na Nasze dziecko. Ważne jest żeby nauczyć dziecko rozpoznawania tej granicy zaufania- co jest bezpieczne, a co wymaga zastanowienia...Zgodzicie się ze Mną?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz